Sobota, 15 maja 2021. Imieniny Dionizego, Nadziei, Zofii

Książka dobrych wartości

2013-08-19 15:59:19 (ost. akt: 2013-08-19 16:01:19)

Podziel się:

Riko i my. Książka nie tylko na wakacje, choć na tę porę poleciłabym ją szczególnie, bo na urlopie mamy więcej czasu i okazji aby uważniej przyjrzeć się otaczającemu nas światu. I zauważyć, że nie żyjemy sami. Że obok, czasem nawet bardzo blisko żyją nasi mniejsi bracia: psy, koty, ptaki i inne zwierzęta a ich los bardzo często zależy od nas. Od naszej kultury, wrażliwości i odpowiedzialności.

Riko i my. Książka nie tylko na wakacje, choć na tę porę poleciłabym ją szczególnie, bo na urlopie mamy więcej czasu i okazji aby uważniej przyjrzeć się otaczającemu nas światu. Riko i my, to powieść o kociej rodzinie założonej przez odważnego kocura, który od małego musiał dawać sobie radę sam, pośród innych zwierząt i często złych ludzi, o jej niełatwym życiu, smutnych i wesołych przygodach ale przede wszystkim o niezwykłej przyjaźni, która połączyła koty z ludźmi. Napisana prostym językiem, z dużą wiedzą i znajomością kocich charakterów pokazuje świat i człowieka widziany ich oczami. Staje się okazją do przemyśleń na temat odpowiedzialności, wytrwałości, nadziei i zaufania, którym zwierzęta obdarzają ludzi, decydujących się zapewnić im opiekę, spokój i bezpieczeństwo. Riko i my to wzruszająca historia o miłości, przyjaźni, poświęceniu i oddaniu. Jest godna uwagi, bo opowiada nie tylko piękną historię i wywiera duże poruszenie, ale też dostarcza mnóstwa informacji na temat kociej kultury, ich psychiki zachowań. Zawiera słownik kociej mowy i uczy jak odczytywać wysyłane przez te zwierzęta sygnały. Gorąco ją polecam czytelnikom w każdym wieku, bo uczy dobrych wartości.

Fragment książki Ronin

Po śmierci Czorcika, Riko znowu zaczął prowadzić długie, całodzienne patrole, których prawie zupełnie już zaniechał. Nie wiadomo, gdzie chodził, ale zdarzało się, że wracał dopiero po dwóch dniach, budząc lekki niepokój swoich ludzi.
Najbardziej nie podobało się to Wugiemu.
- Riko, gdzie tak znikasz? Masz już swoje lata, i lepiej trzymaj się domu. Na drogach coraz więcej samochodów, ludzie są, jacy byli, a nawet coraz gorsi, lisów też więcej od czasu, jak z samolotów rozrzucają szczepionkę przeciw wściekliźnie… Czorcik umarł, i nie możesz sobie miejsca znaleźć?
Tak właśnie było, ale odejście jednego małego czarnuszka przywołało w umyśle Rikiego pamięć innego – tego, którego parę lat temu wrzucono do worka, i gdzieś wywieziono. Choć lata poszukiwań nie przyniosły żadnych rezultatów, to Riko w jakiś dziwny sposób ciągle o nim pamiętał. Czasem mniej, czasem – jak ostatnio – niemal bez przerwy.
Wyprawy Rikiego wciąż się przedłużały, i niepokój ludzi wzrastał. Jednak wychodzenia na dwór nie chcieli mu zabraniać – Riko protestował rozgłośnym, proszącym miaukiem, i trzeba było go wypuszczać. W końcu, to był jego dom, a nie więzienie…
Wreszcie Riko zniknął na przeszło tydzień.
Ludzie Rikiego spenetrowali najbliższą okolicę. Na drogach, ani na poboczach potrącony przez samochód Riko nigdzie nie leżał, wysokie trawy uniemożliwiały dokładne przeszukanie łąki, sąsiedzi – tym razem szczerze – też nie mieli nic do powiedzenia. Riko przepadł, jak kamień w wodę. Coraz trudniej było odpychać myśl, że odszedł na zawsze.
Późnym wieczorem, w piątek przed długim majowym weekendem, Wugi siedział na tarasie, rozkoszując się bólem mięśni po właśnie zakończonym treningu. „Musisz zaprzyjaźnić się z bólem, czerpać z niego radość. To ci da przewagę nad każdym, kto tego nie umie” – słowa dawnego trenera docierały tak wyraźnie, jak gdyby nie upłynęły od nich dziesięciolecia.
Wugi wstał.
„Riko, gdzie cię poniosło? Mam nadzieję, żeś przynajmniej nie cierpiał.”
Zamierzał już iść do domu, ale spojrzał jeszcze na ogród, i skamieniał. Przed choinami, tuż obok miejsca pochowania Filipa i Czorcika, na trawie siedział czarny kot o okrągłej głowie i półprzymkniętych, żółtawych ślepiach. Siedział i patrzył na dom.
Wugiemu zaschło w gardle.
Przełknął ślinę, i spojrzał jeszcze raz. Czarny kot nie znikł, dalej siedział nieruchomo i w milczeniu, żółte ślepia płonęły w ciemności zimnym blaskiem.
Wugi przełknął ponownie.
„Obłęd, czy jak? Dałem sobie w kość, ale zatrucie tlenowe tak długo trwa…1 Skąd te halucynacje?”
Spod choin wyszedł Riko, i usiadł obok czarnego kota. Wyglądał świetnie.
Wugi poczuł, jak jeżą mu się krótko ostrzyżone włosy na karku.
- Riko, to ty?
Riko wstał, przeciągnął się, i miękkim krokiem ruszył do swojego człowieka.
„Pewnie, że ja. Myślałeś, że mój duch? Parę dni mnie nie było, ale przecież kocury na wiosnę nieraz znikają i na kilka tygodni. Martwiłeś się?”
- No jasne, że się martwiłem. A teraz, to w pierwszej chwili myślałem, że albo zwariowałem, albo Czorcik wstał z grobu… Ciebie też długo nie było…
„Nie wstał, on już do nas nie wróci. To my kiedyś, w swoim czasie, pójdziemy do niego.”
- Masz rację, Riko, jak zawsze, ale kto to w takim razie jest? Kogo przyprowadziłeś?
Riko odwrócił się w stronę czarnego kocura, i mruknął coś zachęcająco. Tamten wstał, ale tylko machnął ogonem, i usiadł znowu. Riko zamruczał ponownie. Czarny chwilę się wahał, i w końcu ruszył naprzód. Usiadł tym razem jakieś dwa metry od Rikiego, i żółtawymi ślepiami wpatrzył się w człowieka.
Wugi zasadniczo doszedł już do siebie.
„Czorcik miał oczy bardziej zielone, niż żółte, a poza tym, był ze trzy razy mniejszy, i patrzył raczej z obawą, a nie tym kamiennym spojrzeniem zabijaki, który od świata nie spodziewa się niczego dobrego… O, do licha! Przecież ten nowy, to istny Riko! Wprawdzie czarny, nie bury, i wychudzony, ale ten sam wielki, okrągły łeb, to samo spojrzenie jak granitowy głaz, te same, szerokie plecy…”
- Riko, kto to jest? Czyżbyś znalazł swojego zaginionego kociaka? Nie po tygodniu, czy miesiącu, ale po latach? Przecież to niemożliwe, coś takiego nawet ludziom prawie się nie zdarza, a co dopiero kotom?
Riko wstał i wrócił do siedzącego w bezpiecznej odległości czarnego kocura. Trącił go nosem, tamten pochylił głowę, i Riko zaczął go lizać.
„Znalazłem. Znalazłem, sprowadziłem tutaj, i zostanie z nami już na zawsze. Zostanie, prawda?”
- Oczywiście, że zostanie. Poczekajcie tutaj, pójdę po Joannę. Riko, jesteś nie z tego świata, po prostu…
Joanna już spała. Kiedy się rozbudziła i wysłuchała opowieści Wugiego, przemknęło jej przez głowę, że jednak u bokserów mikrowstrząsy mózgu się kumulują, i właśnie mamy tego fatalne skutki… Jednak Wugi nalegał, a wyglądał całkiem przytomnie, więc uznała, że musi spojrzeć sama. Może to Gabi, przecież też jest czarna, a dziś wieczorem została w ogrodzie? A poza tym, skąd Riko, już przecież prawie opłakany?
To jednak w żadnym razie nie była delikatna Gabi, tylko ogromny – chudy, ale równie wielki jak Riko - czarny kocur. Na widok kobiety miauknął cicho.
- Cześć, olbrzymie. Zaraz dostaniesz coś do jedzenia, wyglądasz, jak z krzyża zdjęty. Riko, gdzie żeś się włóczył, już myśleliśmy, że zginąłeś?
Riko z tryumfalną miną i zadartym ogonem ocierał się chwilę o nogi Joanny.
„Cześć! Szukałem go, cały czas szukałem, i w końcu znalazłem, zostanie z nami! A teraz faktycznie daj coś zjeść, bo mi burczy w brzuchu, a jego, to chyba kwartał będziemy odkarmiać.”
Oprócz chrupków, w miseczkach znalazły się drobno pokrojone podroby, i dodatkowo – po jednym żółtku dla każdego kocura. Riko natychmiast podbiegł do jedzenia, ludzie odsunęli się nieco, i dołączył nowy. On nie jadł – on po prostu pożerał. Całe życie nauczyło go, że normą jest głód, i kiedy pojawia się jedzenie, należy wchłonąć, ile tylko się da.
Uczta trwała długo, aż wreszcie koty miały dość, nawet czarny nie mógł już nic więcej zjeść. Leżał tylko obok misek – chrupków sporo zostało – i posapywał cicho. Riko przeciągnął się zadowolony.
„Idźcie spać, ja z nim zostanę. Musi się powoli przyzwyczaić do nowego miejsca, ze mną będzie mu łatwiej.”
Proces oswajania nowego przebiegał nadzwyczaj gładko. Riko oprowadził go po własnym ogrodzie, potem po ogrodach sąsiadów, i wkrótce zaczął zabierać na stałe trasy dalszych patroli – łąka, okolice pobliskich zabudowań, zarośla… Oczywiście, odwiedzali też Drzewo Mocy. W końcu, nie bez powodu było dla wszystkich takie ważne.
Autorytet Rikiego i spokojna siła, którą emanował nowy przybysz, spowodowały, że integracja z resztą kotów także przebiegła bez zarzutów. Nowy nie okazywał ani strachu, ani wrogości. Przedstawiony – podobnie, jak niedawno Rudolf – pozostałym domownikom, zachował się przyjaźnie, choć wylewny nie był. Nie garnął się też zbytnio do zabaw. Poza sumiennym udziałem w patrolach – czasami chadzał na nie już sam, kiedy znacznie w końcu starszy Riko chciał odpocząć – interesował go święty spokój, i jedzenie.
Jedzenie przełamało też lody na najtrudniejszym froncie kontaktów z ludźmi. Nowy musiał mieć w tym zakresie nie najlepsze doświadczenia. O ile na inne koty przy jedzeniu przestał powarkiwać już drugiego czy trzeciego dnia, o tyle cofał się od miski na sam widok ludzi. Trwało to jakiś czas, aż wreszcie uznał, że skoro ludzie – akurat ci ludzie, nie jacyś inni – stale dają mu tyle najlepszego jedzenia, jakiego próbował w życiu, ile dał radę zjeść, to chyba nie po to, żeby go skrzywdzić. Zresztą, Riko stale mu powtarzał, żeby się nie bał, w tym ogrodzie i w tym domu nic mu nie grozi…
Któregoś wieczora, po szczególnie dobrej kolacji – oprócz chrupków, nowy co drugi dzień, na zmianę, dostawał świeże mięso i żółtko, ale tym razem nastąpiła jakaś pomyłka, podano jedno i drugie – czarny kocur wstał od jedzenia, podszedł do siedzących na tarasie ludzi, otarł się o ich nogi, i wyprężył grzbiet. Polecenie było jasne – głaskać! Wykonano je natychmiast, i z wielkim zapałem, a czarny, wielki, i nieźle już odżywiony kocur rozmruczał się zadowolony… Teraz na pewno był u siebie.
- Słuchaj, Wugi, jak my mu damy na imię?
- Sporo o tym myślałem, i tylko jedno przychodzi mi do głowy. Ronin.2
- Ronin? Przecież on już znalazł dom.
- To prawda, znalazł. Ale bardzo długo szukał, a żaden dom, i żaden opiekun, nie jest wieczny, niestety…
- Z tobą to nic, tylko z radości się popłakać.
- Jeszcze się nie przyzwyczaiłaś, przez te wszystkie lata?
Joanna westchnęła cicho, i poszła do domu. Wugi został, i teraz we trzech patrzyli w przestrzeń – on, Riko, i Ronin.
Po kilku dniach Ronin bez żadnych oporów, sam wszedł do kociego kontenerka, i pojechał do lecznicy na przegląd. Okazał się być świetnego zdrowia, badanie krwi nie wykazało żadnych utajonych chorób, jak choćby białaczka wirusowa, stary zabójca wolno żyjących kotów. Niezbędna była tylko sterylizacja. Skóra Ronina, który dopiero zaczynał odbudowywać prawidłowe, gęste futro, przypominała bowiem mapę kampanii wojennych – tyle było na niej blizn po nieskończonej liczbie walk, jakie musiał stoczyć. Ludzie uznali, że Ronin dość już odbył wojen.
Ronin najwyraźniej też tak uważał. W nowym domu, ogrodzie i na łące nikt nie kwestionował jego siły i pozycji. Został wicekrólem, w doskonałej komitywie z Rikim, i obaj byli zachwyceni.
Ich ludzie też.



Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB