Sobota, 21 kwietnia 2018. Imieniny Jarosława, Konrada, Selmy

Na robotach w Niemczech – wspomnienia pani Józefy

2015-01-30 12:00:00 (ost. akt: 2015-01-28 09:50:28)

Podziel się:

- Jechaliśmy pociągiem nie wiadomo dokąd i po co. Okazało się, że trafiłam do Krockau, a tam miałam opiekować się starszą Niemką. Była dla mnie miła – opowiada nam prawie już 89-letnia Józefa Marianna Koczkodon z Makowicy (gm. Szelków), która w swoich latach młodości przeżyła II wojnę światową.

Nasza czytelniczka urodziła się 3 marca 1926 roku. Gdy skończyła 15 lat, czyli w 1941 roku, w Polsce odbywała się 4. już deportacja ludności na Zachód. Z każdego domu w Makowicy, ktoś został wybrany do wywiezienia na roboty publiczne poza granicami. - Trafiło na mnie. Ja, jak i wszyscy inni, którzy znaleźli się w pociągu, nie wiedzieliśmy gdzie tak naprawdę dojedziemy ani co się z nami stanie. Baliśmy się - wyznaje nam kobieta. I pokazuje oprawiony w ramkę tekst piosenki. - Znam go na pamięć, napisaliśmy go podczas podróży pociągiem, aby dodać sobie otuchy - wspomina ze łzą w oku. Utwór nosi tytuł "Pieśń jakiem jechaliśmy do Niemiec na roboty". „W pociągu jechaliśmy sami, opuszczając swój rodzinny kraj. Zgnębieni, na duchu złamani, a wschodni nam powiewał wiatr” - brzmiał wstęp piosenki, który z pamięci śpiewa pani Józefa.
Na szczęście obawy nie były słuszne, a los się do kobiety uśmiechnął. Trafiła ona bowiem do miejscowości Krockau (powiat Rossel) wraz ze swoimi dwiema koleżankami. Opiekowała się tam starszą kobieta, Magdaleną Kierbau. - Pomagałam przy pracach domowych i w gospodarstwie, ponieważ ona była w podeszłym wieku i nie miała już siły. Raz w miesiącu mogłam wyjść do kościoła katolickiego, koleżanki mogły mnie odwiedzać, a za dobre sprawozdanie dostałam 2 tygodnie urlopu, podczas którego mogłam wrócić do domu. Obiecałam jednak swojej pracodawczyni, że wrócę i tak też zrobiłam – opowiada z przejęciem seniorka. Dodaje, że było jej tam o wiele lepiej niż tym, którzy zostali w Polsce. - Nauczyłam się bardzo dobrze języka niemieckiego, który pamiętam do dziś. Miałam co jeść, tęskniłam tylko za domem - twierdzi pani Józefa.
Jak sobie przypomina, przełomowym momentem był jeden ze wspólnych obiadów w Niemczech, podczas którego kobiety usłyszały strzały z karabinów, a za chwilę żołnierze rosyjscy znaleźli się na posesji. - Pytali mnie, czy byłam tu dobrze traktowana. Powiedziałam, że tak, bo byłam Frau (z niem. Pani – red.) Magdalenie bardzo wdzięczna za troskę i nie chciałam, aby ktoś ją skrzywdził. Zabrali trochę jedzenia i odeszli, za chwilę zabili w chlewie sołtysa wsi. Widziałam jego syna Otto, który płakał i nazywał Rosjan mordercami – relacjonuje nasza rozmówczyni.
Kobieta na stale do Polski wróciła dopiero w 1945 roku, gdy Rosjanie skierowali wszystkich deportowanych znów na polskie ziemie. Powrót był ciężki, ponieważ większą część drogi Polacy musieli przejść. - Wracaliśmy w marcu, przez rzeki, po pękającym lodzie, ponieważ wszystkie mosty były wcześniej wysadzone w powietrze. Rosjanie zniszczyli wszystko, zburzyli i ograbili nasze domy, a nawet gwałcili kobiety. Tak naprawdę nie mieliśmy do czego wracać. Cieszyłam się jednak, że cała moja rodzina żyje. W 1947 roku wzięłam ślub z mężczyzną z mojej miejscowości. Od podstaw założyliśmy gospodarstwo i mimo iż nie było łatwo, udało nam się zacząć prowadzić normalne życie – kończy wojenną opowieść pani Józefa, pokazując nam swoje zdjęcie ślubne.
Dziś co prawda nie ma już męża u jej boku, jednak przez życie nie idzie sama. Otaczają ją kochające dzieci i wnuki, którym uwielbia opowiadać historie wojenne czy recytować z pamięci wiersze, które pamięta jeszcze ze szkoły. Nie dysponuje już tyloma siłami co kiedyś, jednak zapewnia, że dożyje 100 lat.

Marlena Grzeszczak

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB