Sobota, 15 maja 2021. Imieniny Dionizego, Nadziei, Zofii

Bili, kopali, przypalali ogniem stopy. Wspomnienia Longina Wilkowskiego i Konrada Majkowskiego

2013-03-17 10:18:13 (ost. akt: 2013-03-17 10:24:44)

Podziel się:

W 2011 roku parlament ustanowił Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, w hołdzie bohaterom antykomunistycznego podziemia.

Jego struktury działały w całym kraju również w powiecie makowskim. Wielu żołnierzy podziemia poległo w walce, inni zginęli w więzieniach. Ci, co przetrwali wspominają nieludzkie tortury jakim byli poddawani w trakcie przesłuchań.
Longina Wilkowskiego z Podosia aresztowano 8 stycznia 1947 roku. – Pracowałem wtedy w Makowie jako pomocnik szofera, mieszkałem u szwagra. Stamtąd mnie zabrali – wspomina.
– Przesłuchiwali mnie w budynku przy ul. Moniuszki (w starej części Urzędu Miasta) gdzie wtedy mieściło się UB. Kiedy mnie prowadzili z dyżurki na przesłuchania, po drodze bili w twarz z taką siłą, że wybili ząb. W sali siedziało czterech ubeków, na stole leżały kable, takie z drutem w środku. – Mamy cię bandyto – usłyszałem. Kazali mi się rozebrać i zdjąć buty. Związali ręce sznurem, przesadzili pod kolana i przetknęli kijem. Zaczęli mnie bić i kopać, wszyscy czterej, na zmianę. Byłem cały zakrwawiony. Po jakimś czasie, do sali wszedł szef UB i jego zastępca, zapytali czy się do czegoś przyznałem. – Nie – odpowiedzieli moi oprawcy. – To dajcie mu lepiej – powiedzieli szefowie i wyszli. Przesłuchujący znowu zaczęli bić. Znęcali się okrutnie, podstawiali fałszywych świadków, ale nic nie wyciągnęli, choć dużo wiedziałem, bo moi koledzy byli w armii podziemnej. I znów weszli szefowie – Śpiewa coś? – zapytali. – Nie, nic nie można od niego wyciągnąć – odpowiedzieli oprawcy. – Nogi na ogień – rozkazali tamci. Przynieśli kupę gazet, podpalili. Dwóch wzięło za kij i podnieśli moje nogi nad płomienie. – Gadaj, należałeś do bandy, czy nie? – Nigdzie nie należałem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Stopy bolały niemiłosiernie. Znów weszli władcy. Kiedy się dowiedzieli, że do niczego się nie przyznaję kazali zrobić powtórkę z ogniem. I tym razem tortury nie przyniosły efektów. Wtedy rozwiązali mi ręce przynieśli „ostry stołek” i rozkazali na nim usiąść z rękami do góry. Ale ja nie miałem już siły. Ręce wciąż mi opadały, a ubek chodził wkoło mnie i smagał kablem po całym ciele.
Kiedy po raz kolejny szef UB wszedł do sali przesłuchań i usłyszał, że z Wilkowskiego nie udało się wyciągnąć żadnych informacji, nabił pistolet. - Koniec z tobą bandziorze – powiedział. Wilkowski spojrzał mu w oczy i resztką sił rozpiął koszulę. – Strzelaj, jeśli masz sumienie, ale wiedz, że do żadnej bandy nie należałem, jestem prawdziwym Polakiem i mam czyste sumienie - powiedział. Tamten, wściekły pociągnął za spust. Na szczęście nabój był niedobry.
- Byłem silny na duchu, bo przed oczyma i w myśli stanęła mi męka Chrystusa, człowieka też niewinnego. Jestem wierzący, to dodawało mi odwagi – mówi Longin Wilkowski.
Przesłuchanie, któremu towarzyszyło nieludzkie wręcz katowanie trwało jeszcze długo. Na koniec zmasakrowanego do nieprzytomności, przeniesiono Wilkowskiego do maleńkiej celi w piwnicy. – Siedziało nas tam dwudziestu czterech - wspomina. Koledzy opatrywali mu rany na nogach, ale jego stan zdrowia z dnia na dzień się pogarszał. Miał wysoką temperaturę. Na przesłuchania go zanoszono. Kazali mu napisać życiorys. Powiedzieli, że jak napisze odstawią go do szpitala. I tak się też stało. 10 lutego 1947 roku w stanie bardzo ciężkim został przewieziony do szpitala w Ciechanowie gdzie spędził trzy miesiące, wracając do życia i sprawności fizycznej. Gdzie uczył się chodzić od nowa. Po latach dowiedział się, że uratował go sąsiad, który w tym czasie pracował w UB.
Za swą niezłomność Longin Wilkowski otrzymał tytuł „Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Ojczyzny nadany mu przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób represjonowanych.
Więcej szczęścia miał Konrad Majkowski, nie doznał tak ciężkich obrażeń, choć - jak wspomina – podczas przesłuchań bili go nie z tej ziemi. Podejrzany o przynależność do AK został zatrzymany ostatniego października 1947 roku we wsi Majki, gdzie wtedy mieszkał i przewieziony na posterunek Milicji w Makowie, mieszczący się przy ul. Mickiewicza.
- Miałem wtedy 24 lata, siedziałem w areszcie prawie miesiąc. W małej celi siedziało nas dziewięciu. Nie znaliśmy się. Smród był straszny, bo nie było ubikacji. Załatwialiśmy się do wiadra, które było opróżniane raz na kilka dni. Nie mieliśmy też nic do mycia. Czasem jak nas wyprowadzono na spacer, a było akurat po deszczu, to myliśmy się w kałużach. Przesłuchiwali nas tylko w nocy. O jedenastej albo dwunastej wchodził woźny i wywoływał. Porucznik, który mnie przesłuchiwał zawsze miał w ręku broń. Bił kolbą pistoletu gdzie popadło, po głowie, po plecach, aż się zmęczył. „ Przyznaj się bo cię zastrzelę”, straszył. Kto się przyznał, to znęcali się nad nim jeszcze bardziej – wspomina 90.letni dziś Konrad Majkowski. Także jemu pomógł wyjść z aresztu znajomy. Zaprzyjaźniony z ojcem, pracujący wówczas w UB woźny.
W podziemiach starej części budynku Urzędu Miasta, gdzie przetrzymywany był Longin Wilkowski nie znaleźliśmy żadnych śladów mrocznej przeszłości. Może zostały zatarte, może czas zrobił swoje. Niektóre pomieszczenia wytynkowano. Budynek byłej Komedy Milicji przy Mickiewicza, później Policji gdzie miał siedzibę także Urząd Bezpieczeństwa kilka tygodni temu zburzono. Konrad Majkowski, przez lata patrzył na miejsce swojej kaźni, choć – jak twierdzi – już bez emocji. – Czas leczy rany – mówi - ale są takie, które się nie zabliźniają.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB