środa, 26 lipca 2017. Imieniny Anny, Mirosławy, Joachima

Niczym Bear Grylls, spędzili noc w lesie

2015-10-31 15:34:42 (ost. akt: 2015-10-31 15:38:54)
od lewej: Piotr Karolkiewicz, Artur Zglinicki

od lewej: Piotr Karolkiewicz, Artur Zglinicki

Podziel się:

Z dala od cywilizacji, bez ubrań na zmianę mimo ogromnego deszczu, śpiąc w lesie i jedząc tylko to co udało się złowić - tak minęły dwa dni Piotrowi Karolkiewiczowi z Węgrzynowa (gm. Płoniawy-Bramura), który wraz z kolegą wybrał się na wyprawę survivalową nurtem rzeki Węgierki.

Piotr Karolkiewicz ma 34 lata, żonę i 4- letniego syna. Na wyprawę brzegiem rzeki wyruszył wraz z kolegą Arturem Zginickim, także 34-latkiem. Po co? - Bo to zawsze jakaś przygoda, poza tym co tu robić w Węgrzynowie – wyjaśnia. Ich podróż trwała dwa dni, pokonali 44 kilometry. -Było warto -podkreślają mężczyźni.
Survival to moje życie
Podczas wypraw survivalowych dbanie o higienę, podgrzanie wody nie mając właściwie nic przy sobie, czy złowienie ryby na obiad może okazać się dla niektórych nie lada wyzwaniem. Jednak Piotr czuje w tym coś uzależniającego. - Nie potrafię siedzieć w miejscu. Raz w miesiącu lub jeśli uda mi się wyrwać to częściej, wyruszam sam lub ze znajomymi na takie wyprawy, aby poczuć smak adrenaliny - mówił z uśmiechem przed wyprawą Karolkiewicz. Teraz gdy zdobył już Węgierkię, jest pewny, że było warto. - Dużo przygód, rozmów z ludźmi, spanie w lesie i imponujące widoki - relacjonuje Piotr. Dodaje, że jego towarzysz w listopadzie ub.r. przeszedł ciężką operację - transplantacje serca. - Podziwiam go za to, że się w ogóle zdecydował. Tym bardziej, że wcześniej takie wyprawy nie za bardzo go interesowały. Ja kondycyjnie byłem przygotowany do takich wypraw, a on i bez tego spisał się świetnie – chwali kolegę Piotr.
Pogoda nie sprzyjała,
a i tak szło się lekko
Panowie na wyprawę wyruszyli w sobotę (17 października) około godz. 8. Rozpoczęli ją w miejscowości Zawady (pow. mławski). Deszczowa aura towarzyszyła im aż do godz. 19. - Doszliśmy do miejscowości Pawłowo Kościelne, tam mieszkańcy pokazali nam źródło rzeki. Byliśmy bardzo zdziwieni, gdyż znajdowało się ono za czyjąś stodołą i wyglądało bardzo skromnie wśród pól. Mieszkanka twierdziła jednak, że woda w źródle nigdy nie zamarza – opowiada mężczyzna. Dodaje, że przez całą podróż budzili ogromne zainteresowanie wśród mieszkańców wsi. - Wszyscy dziwili się, że nam się chce, a nawet oferowali, że odwiozą nas do domu. Nam jednak szło się bardzo dobrze – wyjaśnia z uśmiechem. Podczas wędrówki zwiedzili piękny drewniany kościół w miejscowości Węgry. - Byliśmy cali mokrzy i brudni, jednak takiego widoku nie mogłem sobie darować - podkreśla Piotr.
Spanie w lesie?
Żaden problem
- Już na początku wyprawy postanowiliśmy, że będziemy szli spokojnym tempem, a w nocy zatrzymamy się i odpoczniemy. Noc spędziliśmy więc w środku lasu tuż za Przasnyszem – relacjonuje Piotr Karolkiewicz. Spali na ziemi, przykryci folią życia. Wcześniej w Węgierce używając jedynie żyłki i haczyka złowili rybę. - To była nasza kolacja. Po przebudzeniu zrobiliśmy sobie kawę i herbatę i ruszyliśmy dalej w drogę - dodaje. Na pytanie czy wyprawa była męcząca, zdecydowanie odpowiada - to wszystko siedzi w głowie, jeśli idzie się z zapałem i chce się to robić, to żaden kilometr nie jest męczący. W dodatku widoki mieliśmy piękne i zaskakujące, czasami rzeka wyglądała jak bagno, czasami jak strumyk, a czasami było widać tylko jej koryto. To jest niesamowite, nie spodziewaliśmy się, że tak to wygląda mimo, że od lat mieszkamy tuż obok - podsumowuje. Wyprawa zakończyła się w niedzielę. Jako, że Węgierka uchodzi do rzeki Orzyc tuż za Węgrzynowem, panowie zakończyli swoją ekscytującą podróż w rodzinnej miejscowości.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB